9/10/2014

Zabawy elektro

Moje pierwsze spotkanie z elektro było jeszcze za czasów dziecka. Nie wiem czy bawiliście się kiedyś lizaniem baterii 9V. Efektem tego było dość nieprzyjemnie mrowienie, a nawet bolesne ukucie.
Kolejne spotkanie z elektro było już dużo później. Wtedy zapałałem, a nawet zapałaliśmy wraz z moim partnerem, miłością do elektro-stymulacji seksualnej. Było to podczas spotkania z jednym facetem posiadaczem ET312B z naszych okolic. Podczas tego spotkania poznaliśmy uroki tego elektro-stymulatora. Były to tak intensywne, podniecające i niezapomniane godziny zabawy, że od tego spotkania zaczęły się nasze poszukiwania  informacji na ten temat i szukanie  producentów sprzętu do elektrostymulacji.

Sprzęt Audio jako Elektrostymulator

Pierwsze nasze próby samodzielnej elektro-stymulacji przeprowadziliśmy odtwarzając na laptopie podłączonym do wieży Hi-Fi pliki  audio  specjalnie stworzone do elektrostymulacji (których nie da się normalnie słuchać). Podłączyliśmy się zamiast kolumn głośnikowych. Wszystko było w jak najlepszym porządku. W pozycji „na jeźdźca” ujeżdżałem mojego partnera. Elektrody były umieszczone, jedna na jego pośladkach, druga stanowiła ring wokół mojego kutasa i jajek. Impulsy elektryczne powodowały przyjemne skurcze mięśni w dolnej części podbrzusza i przez kutasa w środku dupy. Mój partner czuł je w kutasie i jądrach. Regulacja intensywności impulsów była poprzez zmianę głośności. Ze względu na to, że była to dla nas nowość oraz że byliśmy bardzo podnieceni nie trzeba było nam dużo do osiągnięcia orgazmu. Po wytrysku mój partner chcąc wyłączyć ciągle płynące impulsy zamiast wyciszyć głośność wyrwał kabel łączący laptopa z wieżą. Kojarzycie ten trzask powstający w głośnikach podczas wkładania czy wyjmowania jack’a do gniazda głośnikowego. Właśnie taki trzask w postaci bardzo silnego impulsu poczuliśmy na sobie, że aż podskoczyłem na równe nogi. Potem śmialiśmy się, że jakby coś poszło nie tak, to znaleźli by nas nagich podłączonych do wieży. Moja rada nie rozłączajcie tak sprzętu, najpierw odepnijcie elektrody na wyciszonym sprzęcie, potem można rozłączać kable J. Pomimo Mocnego zakończenia zabawy doświadczenie było bardzo przyjemne.
W dalszym zgłębianiu tego tematu dowiedziałem się, że powyższy system nie jest najbezpieczniejszy ze względu na możliwość powstania przebicia i porażenia prądem. Dla nas to zamknęło temat wieży audio, lecz nie zamknęło to tematu elektrostymulacji całkowicie. Istnieje możliwość zbudowania wzmacniaczy audio zasilanych z baterii, ale to było za duże wyzwanie dla nas.

Urządzenie do ćwiczeń mięśni brzucha – typu ABGymnic

Z tego względu zaczęliśmy poszukiwać bateryjnie zasilanych zabawek. Jako, że na rynku istnieje mnóstwo tańszego czy droższego sprzętu do ćwiczenia mięśni, przede wszystkim mięśni brzucha, zaopatrzyliśmy się w taki stymulator. Pierwsze doświadczenia rozczarowały nas zupełnie. Ani impulsy nie takie, ani intensywność nie za duża. Totalne rozczarowanie i pieniądze wyrzucone w błoto.

„Szoker”

Czytanie forów interetowych przyniosło kolejne odkrycie. A mianowicie układ elektroniczny o nazwie NE555. To skierowało mnie na przekopywanie sieci w poszukiwaniu urządzeń opartych na tym układzie i tutaj niespodzianka. Firma AVT wypuściła swego czasu urządzenie zwane „szoker”. Miała to być zabawka towarzyska rażąca prądem uczestników zabawy. No cóż jak nie nada się do elektro stymulacji to przynajmniej będzie do torturowania. Od czasu do czasu budzą się we mnie zdolności inżynierskie postarałem się sam złożyć to urządzenie z gotowego zestawu do samodzielnego montażu. To dla tych co się chcą wykazać J. „szoker” okazał się lepszy od sprzętu do elektrostymulacji mięśni typu Abgymnic. Niestety nadal daleko mu było do urządzenia, które tak intensywnie na nas wpłynęło, że zainteresowaliśmy się tym tematem.

ET312B

W końcu po kilku latach od pierwszego kontaktu z ET312B udało nam się zdobyć wolne środki i zakupić tą diabelską maszynkę. Kupiliśmy ją od razu w proponowanym przez producenta zestawie z padami, sondą analną mono oraz opaskami na kutasa i jajka. Na paczkę czekaliśmy 3 tygodnie. Paczka szła z USA, więc wylądowała w Urzędzie Celnym. Okazało się że dokumenty są bardzo dobrze przygotowane i Urząd Celny nie potrzebował żadnej dodatkowej dokumentacji.  Paczka została oclona (500PLN), a urządzenie nazwane przez celników „Generator Dzwięku”. Dlaczego to jest bardzo dobre określenie odsyłam na mojego bloga wpis „Paczka od wuja Sama” z listopada 2011. Jak na razie uważam to urządzenie za najlepsze z tych, które miałem okazję poczuć na sobie. Nie tylko ze względu że w szerokim zakresie można ustawiać w nim i szybkość zmian impulsów, ich intensywność (od przyjemnego mrowienia, przez silniejszą stymulację, aż do bolesnych impulsów podrywających całe ciało). Nie tylko że ma wbudowane 15 programów do elektro stymulacji, ale także że można do niego podłączyć mikrofon, czy też inne urządzenie audio z plikami do audio stymulacji. ET312b można również podłączyć do komputera i wprowadzić w jego pamięć własne programy lub może być sterowane przez innego użytkownika w będącego w sieci. Tak że można się bawić na bardzo duże odległości. Dwa urządzenia można połączyć razem w takim wypadku jedno pracuje jako jednostka nadzorująca - Master a druga jako sterowana – slave. Jest jeszcze kilka firm produkujących podobne urządzenia, ale z innymi nie miałem jak na razie doświadczeń, dlatego trudno jest mi je oceniać.

Induktor telefoniczny

Z natury jestem osobą otwartą na nowe doświadczenia, a induktor ze starego aparatu telefonicznego od dawna siedział mi w głowie. W końcu dane mi było spróbowanie i tego urządzenia. Leżałem mocno przywiązany do łóżka. Elektrody w postaci szerokich klamer wylądowały na moich paluchach stóp. Znajomy Master pokręcił korbą a przez moją dolną połówkę przebiegły cholernie nieprzyjemne impulsy elektryczne. Odczucie było niesamowicie nieprzyjemne, takich tępych uderzeń. Ten rodzaj elektro zdecydowanie nie przypadł mi do gustu. Zasada działania jest bardzo prosta im szybciej kręci się korbą induktora, tym silniejszy impuls przepływa przez ciało torturowanego obiektu.

Elektryczna obroża dla psa.

W ramach moich doświadczeń różnych przytrafiło się bardzo, bardzo krótkie zapoznanie z elektryczną obrożą dla psów. Było to jakiś czas temu, jak byliśmy z odwiedzinami u znajomego Mastera. W ramach zabawy Panowie zdecydowali się założyć mi właśnie elektryczną obrożę. O ile sama obroża, symbol zniewolenia i poddania, działa na moje zmysły bardzo pobudzająco, to dodatkowa myśl, że może być jeszcze przez nią przepuszczony prąd elektryczny podniecało mnie niesamowicie. Do czasu naciśnięcia przycisku na pilocie, była to obroża tylko ciut cięższa od zwykłej skórzanej obroży. Naciśnięcie przycisku spowodowało wytworzenie impulsu, który spowodował skurcz mięśni twarzy. Ból był średniego nasilenia, natomiast samo uczucie było nieprzyjemne. W tym momencie mój partner zaprotestował i nakazał zdjąć mi tę obrożę. W reakcji na moją zdziwioną minę co do jego decyzji, wyjaśnił, że moja twarz wykrzywiła się koszmarnie i bał się o moje zdrowie. Po powrocie zaczęło się szukanie informacji na temat obroży elektrycznych. Z informacji znalezionych na różnych stronach wynika, że obroże przeznaczone dla małych psów powinny być bezpieczne dla ludzi. Każda obroża wytwarza wysokie napięcie o bardzo niskim natężeniu. Natomiast nie powinno się stosować obroży przeznaczonych dla dużych psów, gdyż natężenia tam stosowane są znacznie wyższe. Po za tym powinno się stosować markowe obroże, też właśnie ze względów bezpieczeństwa noszącego. Brak wiedzy na temat działania spowodował powstanie u mojego partnera obaw o moje zdrowie.

Violet Wand

Podczas tego spotkania zapoznaliśmy się z jeszcze jednym urządzeniem do zabaw elektro. Jego pierwotne przeznaczenie było czysto kosmetyczno-medyczne. Służyło ono i prawdopodobnie nadał służy, do zabiegów poprawiających ukrwienie skóry oraz do likwidacji czerwonych naczynek. Z czasem jak spora część zabawek do elektro stymulacji znalazło zastosowanie w erotyce. W przypadku Violet Wand to przeskok łuku elektrycznego jest źródłem stymulacji.
Leżałem przywiązany do łóżka (zresztą przy zabawach z elektro lubię mieć ograniczone ruchy). Z początku czułem lekkie mrowienie i rozchodzące się ciepło od miejsca w którym następowało wyładowanie elektryczne. Przy większych intensywnościach czułem jakbym miał wbijane małe igiełki. Pamiętam jak w podstawówce na fizyce bawiliśmy się elektrostatyczną maszyną Wimshursta. Po zakręceniu wielką korbą pomiędzy dwoma kulkami pojawiały się łuki elektryczne. Wystarczyło pomiędzy kulki wstawić kartkę z zeszytu by mieć w miejscu wyładowań elektrycznych na kartce małe dziurki. W przypadku zastosowania wyższych natężeń przy zabawie z VW takie same dziurki są robione w ciele stąd to uczucie nakłuwania igiełkami. I za każdym razem to ciepło rozchodzące się po ciele. Violet Wand był przesuwany po moim ciele, po sutkach, po kutasie i jajkach. Było to bardzo stymulujące i bardzo intensywne uczucie. Zakończyło się po godzinie. Pode mną na łóżku była kałuża mojego potu, a ja nie miałem sił aby podnieść się do pozycji siedzącej. Sutki, które były najbardziej męczone, były lekko opuchnięte i obolałe, a przez kolejne 3 dni sączyło mi się osocze, pewnie z tych drobnych dziurek pozostawionych przez łuki elektryczne.

Podsumowując:

  • dla własnego bezpieczeństwa i bezpieczeństwa osób trzecich, należy stosować certyfikowany sprzęt,
  • dobrze, żeby sprzęt nie był bezpośrednio podłączony do zasilania sieciowego,
  • ET312b sprawdza się zarówno do sprawiania przyjemności jak i do torturowania (nie wiem jak inne),
  • duża różnica pomiędzy elektrodami lub niezbyt dobry kontakt ze skórą będzie skutkować nieprzyjemnym uczuciem szczypania i pieczenia,
  • induktor telefoniczny jest niezłym urządzeniem do torturowania i sprawiania bólu. Świetnie nadaje się bo mobilizowania cwela do kolejnej serii ćwiczeń w trakcie przymusowych ćwiczeń (Forced Workout)
  • stosowanie obroży elektrycznej świetnie nadaje się do nauki pokory i posłuszeństwa u krnąbrnych cweli/psiaków
  • violet wand przydaje się nie tylko do celów kosmetycznych, ale po zabawie można mieć lepszą elastyczność skóry,
  • nie opłaca się kupować tanich zestawów do ćwiczenia mięśni,
  • jeżeli macie żyłkę elektronika czy to profesjonalisty czy amatora, to jest mnóstwo stron i portali ze schematami TENS’ów
  • nie podłączać się do akumulatorów (prąd stały) powoduje elektrolizę w jednym kierunku, czego nie zaobserwujemy od razu a może być śmiertelne w skutkach
  • urządzenia, mimo że działają na baterie/akumulatory, to mają przetwornik zmieniający prąd stały w prąd zmienny,
  • urządzeń nie sprawdzonych nie stosować powyżej pasa oraz u osób z problemami sercowymi, gdyż mogą zakłócić pracę serca,
  • zanim zaczniesz się z kimś bawić w elektro zapytaj czy nie ma rozrusznika,
  • jest mnóstwo sond analnych, waginalnych, płaskich, mono- , Bi- , tri- , a nawet quarto- polarnych,
  • NAJWAŻNIEJSZE, z głową, bawcie się z głową.

4/24/2014

Wielkanocne zwyczaje na moją modłę.

Święta, święta i po świętach. Jak wszyscy to dobrze znamy to
powiedzenie. Zaczęło się całkiem niewinnie, a skończyło na tym jak to
zwykle bywa.
W ostatni dzień świąt rozmawiałem na czacie ze znajomym o tym jak
spędziliśmy święta. Od słowa do słowa, doszliśmy do wniosku, że w
Lany Poniedziałek wcale nie trzeba oblewać się wodą. Można przecież
bardziej tak klimatycznie i to prosto z sikawki. W tym właśnie momencie
pobudzona została moja wyobraźnia. Zacząłem się zastanawiać jakie to
obrzędy wielkanocne można przerobić tak, aby bardziej pasowały do
mojego charakteru i tego co lubię.
Zacznijmy od rzeczonego śmingusa-dyngusa i polewania wodą. I tutaj z
przekształceniem było najmniej problemu. Jak już wspomniałem
śmingus-dyngus może być nadal mokry nie koniecznie musi być do tego
wykorzystana woda, ale koniecznie bezpośrednio z sikawki. Na tym nie
kończą się jednak obyczaje związane ze śmingusem dyngusem. Jest
jeszcze śmingus-dyngus na modłę kaszubską, czyli bicie po łydkach (w
mojej wersji nie koniecznie po łydkach) gałązkami jałowca. Tego
obyczaju nawet nie trzeba było przekształcać, kaszubi już to sami tak
wymyślili.
Czego nie może zabraknąć na wielkanocnym stole? BARANKA. Dlatego kolejna
tradycja to "walenie baranka aż zacznie beczeć".
Przywiązujemy baranka do koziołka i walimy (w mojej wersji chodzi o
zwykłe posuwanie) aż zacznie beczeć. Samo „walenie" można
zrozumieć bardziej dosłownie, wtedy przydadzą się gałązki bazi.
Jak Wielkanoc to obok „baranka" zawsze mamy jajka. Kolej w tradycji na
jajka stukane czyli tzw. Walatka. Bierzemy jajka "baranka" w
dłoń i stukamy drugą dłonią lub jajkiem ugotowanym na twardo.
Sprawdzamy co wcześniej pęknie „baranek" z bólu czy skorupka jajka.
Wersja „full wypas" dla tych co świętują z dwoma „barankami".
„Baranki" stawiamy naprzeciw siebie, bardzo blisko, chwytamy jedne
jajka w jedną dłoń, drugie w drugą i stukamy, aż któryś
„baranek" nie odpadnie.
Wyszukałem, że do tradycji wielkanocnych należy jeszcze topienie
Judasza.
Bierzemy Judasza, przywiązujemy ręce na klacie lub przypinamy do obroży,
kładziemy w wannie z nogami poza wanną i nalewamy wody do pełna. Czekamy
aż mięśnie brzucha zaczną boleć od podnoszenia głowy ponad wodę. Dla
bardziej hardkorowych i niecierpliwych – przytapiamy.
Jest jeszcze przybijanie śledzia. Żołądź „baranka" wiążemy
sznurkiem. Super jeżeli w domu dysponujemy słupem lub jeżeli jesteśmy w
plenerku. Kładziemy baranka na plecach z słupem między nogami i
podciągamy za sznurek do góry, żeby baranek się wygiął i przybijamy
wolny koniec sznurka do słupa lub drzewa. W przypadku braku słupa i
zabawie w domu można podciągnąć i przywiązać do powały.
Mamy jeszcze malowanie jajek. Jak to zawsze bywa, osoby o skłonnościach
s/m mają bujną wyobraźnię, dlatego im więcej miejsca do malowania tym
lepiej. W tym celu dobrze by było jajka napompować np. solą
fizjologiczną, a potem malujemy, malujemy, malujemy.
Niektórzy z nas zamiast malować farbkami czy pisakami wolą tworzyć swe
dzieła woskiem.
W tym wypadku już powierzchnia Nie koniecznie musi być tak duża, ale za
to ile przyjemności z tworzenia wzorów woskiem.
Skoro już jesteśmy przy jajkach, to koniecznie wielkanocne wydmuszki,
czyż nie?
Oczywiście na to też mam pomysł. Onanizujemy „baranka", aż się nie
spuści. Na tym jednak nie przestajemy. Bez zwracania uwagi na wycie
„baranka" (dobrze żeby był związany) walimy mu dalej do kolejnego
spustu, i jeszcze jednego, i jeszcze jednego. Przestajemy opróżniać
jajka „baranka" jak ten już nie będzie miał siły protestować.
Wtedy będziemy już pewni, że wydmuszki są prawidłowo wykonane.

To wszystko jak na razie z nowych klimatycznych obrzędów wielkanocnych.

12/12/2013

Kontakt Kochania ze światem

Tym razem będzie o naturze jednego człowieka, bliskiego mi człowieka, a mianowicie na pewnych cechach charakteru mojego Kochania. Skłoniła mnie do tego ostania nasza wspólna rozmowa na Skypie oraz kilka wcześniejszych uwag naszych znajomych. Zacznę może od tych uwag, a następnie przejdę do owej rozmowy. Mamy znajomych, z którymi spotykamy się raz na jakiś czas, pomiędzy spotkaniami utrzymujemy kontakt przesyłając sobie wiadomości przez internet. Po co o tym wspomniałem, przecież to nic specjalnie nienormalnego w tych czasach. A dlatego, że od czasu do czasu dostaję to od jednego, a to od drugiego znajomego, wiadomość z pytaniem czy się na niego/na nich obraziliśmy. Po przeczytaniu takiej informacji w mojej głowie pojawia się taki wielki „?" a twarz wykrzywia w grymasie zaskoczenia. Pytam więc, dlaczego sądzą, że się na niech obraziliśmy. I w odpowiedzi otrzymuję wiadomość, bo pisałem do twojego faceta a on nie odpisał. Jako, że znam już trochę mojego faceta, to wiem że jest to możliwe. Grzecznie tłumaczę, że nie jesteśmy obrażeni, że Kochanie już tak ma. Nie jednokrotnie już z nim rozmawiałem na temat nie odsyłania odpowiedzi na wiadomości od znajomych i za każdym razem słyszałem, bo ja wolę pisać o konkretach, a nie pisanie „o pogodzie" (pogoda to tylko przykład ;) ). Ja już się prawie do tego przyzwyczaiłem, ale dzisiejsza rozmowa przekonała mnie, że jednak „prawie" jest jeszcze we mnie. Otóż rozmawiamy sobie o planach na sobotę, czy wybrać się może do Łodzi, czy jednak zostać w domu. Do tego tematu mamy „podejście dziewicy" czyli i chciałabym i się boję. No w naszym przypadku i chciałabym i szkoda pieniędzy (można je spożytkować inaczej – kilka pomysłów na nowe zabawki mam już w głowie). Wywnętrzam się przez Skypa dalej, że faktycznie wolałbym pieniądze które stracimy w Łodzi przeznaczyć na coś innego, a z drugiej strony boję się, że mnie dopadnie schiza z poprzedniej soboty. Schiza dotyczyła gnicia w sobotni wieczór w domu, daleko od miasta (całe 15km). Fakt wywiązała się z tego kłótnia, która oczyściła całą sytuację i pozwoliła dużo wyjaśnić. Rozpisuję się o tych wszystkich moich emocjach jakie towarzyszyły mi wtedy, o obawach i rozterkach. Jaką zwrotną informację dostaję? – „Zaraz się zbieram i jadę do Krakowa, odwieść twojego brata i kupić jedzenie dla kotów". Najlepsze jest to że doskonale wiem, że i mój brat mógłby poczekać te 20 minut i koty z żarciem również.
A co do tej soboty to można by pomyśleć, czego tutaj się obawiać, przecież można wcześniej zaplanować sobotni wieczór i trzymać się planu. Ano można jak się zna większość zmiennych. A na tą sobotę to jak na razie mamy zaplanowany powrót Kochania z delegacji nie za bardzo wiadomo o której godzinie będzie w domu i czy będzie bardzo zmęczony czy tylko troszeczkę. Czy będzie mu się jeszcze coś chciało, czy też już będzie miał wszystkiego dość i jestem w stanie go zrozumieć w końcu przejechanie pół Polski samochodem przy warunkach takich jakie są obecnie i nie tylko chodzi mi o warunki pogodowe nie należy do najprostszych. No nic, będę musiał sobie jakieś zajęcie wymyśleć i na piątkowy wieczór i na sobotę. Aha, sprzątanie zaplanowałem na czwartek wieczór ;).
Nie mogę tak do końca "wieszać psów" na Kochaniu. Ma też swoje zalety. Jest świetnym organizatorem. Potrafi planować wszelkie wydarzenia. W "konkretach" jest bardzo dobry. Ot, coś za coś.

10/27/2013

Liny - przygotowanie



Jak już zauważyliście w wcześniejszym poście, razem z Kochaniem, uczestniczyliśmy w warsztatach shibari (więcej informacji na temat shibari znajdziecie na stronie www.nawado.pl). Po tych warsztatach doszliśmy do wniosku, że mamy za mało lin i nie z tego materiału co trzeba.
Radośnie więc zakupiliśmy liny jutowe,  150 metrów fi 6 mm i 50 metrów fi 8 mm. Po jaką cholerę, aż tyle? Ano zdecydowaliśmy się przygotować liny w 3 kolorach: naturalnym, czerwonym i czarnym. Każdy pakiet obejmować miał 6 motków po 8m liny fi 6mm i 2 motki po 8m liny fi 8mm, to wszystko razy 3 i stąd te olbrzymie ilości. Wracając do tematu. Liny po zakupieniu śmierdziały okrutnie olejem i były szorstkie, ale byliśmy na to przygotowani. Zgodnie z jednym z poradników znalezionych w sieci, Przepłukaliśmy liny 2 krotnie gorącą wodą. Ze względu na ilość musiałem to zrobić w wannie. Jakoś poszło. Faktycznie z lin wychodziło coś tłustego. Następnym krokiem było pranie w pralce na delikatnym programie z nie dużą ilością proszku do prania. Etap gotowania w garnku zastąpiliśmy 2-krotnym gotowaniemw pralce (oczywiście ze względu na ilość). Potem rozplątanie węzłów gordyjskich (nie mieczem) i suszenie tego wszystkiego. szczęściem jest posiadanie ogrzewania podłogowego dzięki któremu liny schły szybko. Dzień następny. Opalanie lin nad płomieniem z kuchenki gazowej, a po modyfikacji nad płomieniem z lutownicy gazowej. Po etapie opalania nad płomieniem w poradniku było podane jeszcze raz pranie na delikatnym programie. My zdecydowaliśmy się na pominięcie tego etapu dla lin, które miały być farbowane. Tu zaczął się kolejny koszmar zwany przycinaniem lin na 8m odcinki i wiązaniem końcówek w „osty” (znów nawado.pl). Podczas przycinania okazało się, że liny po zabiegach prania i suszenia skurczyły się. Kolejna decyzja. Nie robimy wszystkich zaplanowanych lin w kolorze naturalnym, stawiamy na kolor. Po kilku godzinnym wiązaniu końcówek, bólu dłoni od zaciskania lin w końcu pierwsza partia trafiła do pralki razem z barwnikiem do tkanin. Po 2,5 godzinie pierwsza partia lin była zafarbowana i gotowa do rozplątywania oraz suszenia. Kolejna partia do farbowania trafiła na trzeci dzień, bo już nie mieliśmy sił.
Na następny dzień poszło kolejne farbowanie. Liny które zdążyły wyschnąć za noc, należało pozbawić kłaczków. Kłaczki te pojawiają się chyba po każdym etapie prania i suszenia. Lin z włókien naturalnych. Kochanie jedną z pięknych czerwonych lin opalił i straciła swój urokliwy głęboko czerwony kolor. Resztę lin obieraliśmy przeciągając w rękach z założonymi rękawiczkami ogrodniczymi. Rękawiczki te od wewnętrznej strony posiadały chropowatą powłokę gumową, która skutecznie zrywała sterczące kłaczki. To samo zrobiliśmy z linami czarnymi, po ich wyschnięciu. I na tym etapie zatrzymaliśmy się. Na razie nie natłuszczaliśmy lin, ponieważ nie za bardzo wiem jak. I nie próbowaliśmy ich perfumować. Zapach oleju nadal jest ale nie tak silny. W każdym bądź razie po trzech dniach walki od rana do wieczora mieliśmy  przygotowane 2 zestawy lin w dwóch kolorach. Kłaczki z tych lin będę znajdował w całym domu przez następny miesiąc. Koszmarne jest to pylenie tych naturalnych lin.
Dla wszystkich którzy nie mają chęci walki z linami lub ze sprzątaniem tygodniami po tych wszystkich obróbkach proponuję nabyć liny metodą kupna właśnie z nawado.pl. Cena nie jest wygórowana w stosunku do ceny liny surowej i liny od razu są przygotowane do użycia.

10/03/2013

Etymologia nazwy bloga




Kilka osób pytało mnie dlaczego właściwie blog mój nosi nazwę „Związane Kurwiszcze”.  

Związane ponieważ:
1) jestem w długoletnim związku z moim Kochaniem (za nie długo stuknie nam 16 lat wspólnego życia), 
2) podczas seksu lubię być związany czy to sznurami, kajdankami, łańcuchem czy też zafoliowany.

Kurwiszcze – no cóż lubię seks, nawet bardzo lubię seks. Nie biorę za to pieniędzy więc nie jest to zawód, raczej moja natura.

Ot cała prawda o znaczeniu tytułu bloga.

10/02/2013

Dwa światy


W miniony weekend byliśmy na szkoleniu z japońskiej sztuki wiązania organizowaną przez parę hetero.  Informację o szkoleniu dostaliśmy od znajomego spod Wrocławia. Z otrzymanych informacji wynikało, że gdy wyrazimy zgodę to będzie 2 pary hetero i 2 pary homo. Początkowo sceptycznie podchodziliśmy do spotkania z heterykami na jakby nie było w pewien sposób intymnej płaszczyźnie. Jednak chęć szkolenia się w dziedzinie, która mnie i Kochanie kręci już od dawna, czyli wiązaniu i podwieszaniu zwyciężyła nad rozterkami związanymi z orientacją seksualną uczestników. A fakt, że komuś na szkoleniu może przeszkadzać to, że jesteśmy homo to jego problem nie nasz. Dodatkowo zbieg okoliczności spowodował , że byliśmy w tym czasie w okolicach miejsca, gdzie owe szkolenie miało się odbyć. Już po podjętej decyzji, że szkolimy się, przyszła wiadomość od organizatorów, że osobom na pewnym poziomie i chcącym się uczyć nie powinna przeszkadzać orientacja uczestników. To było potwierdzeniem, że dobrze zrobiliśmy decydując się na te warsztaty.

Przyjechaliśmy na miejsce lekko spóźnieni, ponieważ nie doczytaliśmy dokładnych instrukcji podanych przez organizatorów i czekaliśmy 300 m od właściwego miejsca. Za to dotarł do nas znajomy spod  Wrocławia. Jak się okazało był sam, ale o tym zostawię kilka uwag na końcu tego wpisu.  Na miejscu przywitali nas organizatorzy oraz jedna z par hetero.  Rozpakowaliśmy się i czekaliśmy na jeszcze jedną parę hetero. Rozmawialiśmy z nimi o wszystkim i o niczym jak to na początku. Chyba obie strony starały wyczuć teren. Pierwsze co mnie zauroczyło, że te rozmowy były zupełnie bez napięcia. Tak przyjemnie to dawno mi się z nikim nie rozmawiało. Wymienialiśmy się poglądami na temat wiązania i doświadczeniami jakie już posiadaliśmy.  Po przyjeździe spóźnialskich przystąpiliśmy do szkolenia. W pierwszej kolejności poszła teoria, czyli rodzaje lin, rodzaje wiązań, na co zwracać uwagę i wszelkie możliwe niebezpieczeństwa związane z wiązaniem właśnie. Później już poszły zajęcia praktyczne. Wiązaliśmy węzełki do północy albo i dłużej.

Po krótkiej nocy, ponieważ pogawędki trwały do późnych godzin nocnych lub dla niektórych wczesnych godzin porannych, zaczął się kolejny dzień wiązania. Uczyliśmy się krępować partnera w różnych pozycjach i na różne sposoby, by po obiedzie przejść do podwieszania.  Podczas tego szkolenia dowiedzieliśmy się gdzie do tej pory popełnialiśmy błędy i na co należy zwracać uwagę, aby delikwent mógł długo wisieć bez bólu i uszczerbku na zdrowiu. Zrobiliśmy sobie sesje z podwieszania w strojach klimatycznych. I tutaj muszę się przyznać z ręką na sercu organizatorka w czarnym stroju lateksowym z czarnym gorsetem i czarno- czerwonych butach na koturnie z dużą szpilą wyglądała olśniewająco. Dodatkowo związana i podwieszona czerwonymi linami to już był majstersztyk. Pikanterii i domknięcia całości całej tej scenie dodał nasz znajomy również ubrany w czarny lateks. Gdyby nie to nieciekawe tło to zdjęcia nadawały by się do nie jednego magazynu fetyszowo-sm’owego.

Z rozmów wszelakich dowiadywaliśmy się o ich świecie, a oni o naszym. Wymienialiśmy się spostrzeżeniami i obserwacjami. A co było najfajniejsze atmosfera była bardzo przyjacielska i pełnej otwartości na nowe doświadczenia, na nową wiedzę. W powietrzu unosiła się słabiutka aura seksualności, ale to z samego charakteru szkolenia. Każdy wykorzystywał czas na to i w taki sposób aby mu sprawiało przyjemność. 

Po tych warsztatach dowiedzieliśmy się jak bardzo nasze światy o sobie nic nie wiedzą. Niby mamy wspólne zainteresowania i fetysze, ale żyjemy w dwóch różnych światach. Te warsztaty pozwoliły na zbliżenie się tych grup. Myślę że oni dowiedzieli się o nas tak samo dużo, jak my o nich, ale nadal to jeszcze nie wszystko.  Mam też cichą nadzieję, że uda nam się z nimi jeszcze nie jednokrotnie spotkać. Osobiście szkoda by mi było zaprzepaścić takiej  znajomości.